Ostatnio zauważyłem, że w publicznych wypowiedziach na temat lektur szkolnych sztandarowym przykładem lektury nonsensownej, najnudniejszej na świecie i w ogóle najgorszej jest „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej (bardzo krzywdzące!). Mimo wakacji lektury szkolne zajmują liczne media. Co powinno znaleźć się w ramach lektur w szkołach podstawowych i średnich od wielu lat stanowi przedmiot dość ożywionych dyskusji. A i tak niewiele się zmienia.
Pytanie o rolę lektury szkolnej pozostaje właściwie bez konkretnej odpowiedzi. Generalnie: lektury być muszą, ale po co i jakie, to już temat „drażliwy”. Niekiedy już u samych podstaw popełnia się błąd: kanon czy lista lektur. Używanie zamiennie tych pojęć jest błędem. Kanon bowiem to coś niezmiennego, stałego, niczym grecki Logos; nie podlega dyskusji. Lista zaś to coś w rodzaju greckiego mitu (bajki), może być wariantywna i nie ma postaci kanonicznej. Dlatego lepiej mówić o liście lektur niż o kanonie. Bo co można byłoby zaliczyć do kanonu lektur (z literatury polskiej i światowej)?
Z listą sprawa jest nieco prostsza. Przysłuchując się wypowiedziom na ten temat, można dojść do wniosku, że z ustaleniem listy lektur też nie jest łatwo. Od wielu dekad lektury szkolne mają charakter przeglądu historii literatury. Ale czy na tym powinna ona polegać? Co bardziej rozsądni powątpiewają w sens takiego podejścia.
Jaki pozytywny skutek przynosi konieczność przeczytania lektury, której uczeń nie rozumie? Nie rozumie języka, którym napisana jest dana lektura, np. dawny język polski. I nie chodzi mi nawet o język Reja czy Kochanowskiego, ale ten 19-wieczny, czy nawet późniejszy. Nie rozumieją również treści: problemów i dylematów bohaterów czy tła historycznego, politycznego i społecznego. Przy dużej liczbie lektur koniecznych do przeczytania w każdym roku szkolnym brak możliwości zagłębienia się w te konkretne zagadnienia, a one zdecydowanie pomagają zrozumieć treść. Trzeba więc nauczyć czytać lektury (i nie chodzi tu o składanie liter w wyrazy, a wyrazy w zdania). To jednak wymaga zaangażowania nauczyciela i dłuższy czas na przeczytanie dalej lektury. Czyli należy ograniczy ich liczbę! Wybrać takie pozycje, które umożliwią omówienie kilku różnych (ale spójnych) problemów, nie zaś rozdrabianie się na mało istotne zagadnienia. Oczywiście nie jest to łatwe zadanie. Idealnej listy lektur nie da się ustalić. Możliwość większej swobody nauczyciela w wyborze jest dobrym pomysłem. Choć zawsze pozostanie „ale”. Lista lektur stała się przedmiotem (również) dyskusji politycznej. Fatalnie, bo u nas wszystko staje się dyskursem politycznym.
I najpewniej tak pozostanie, a lektury nadal będą zabijać chęć świadomego czytelnictwa.
Autor: dr Przemysła Nowogórski
photo: pixabay.com


